RSS
poniedziałek, 10 lutego 2014

Co robi szanująca się pani domu w niedzielny wieczór. Siada przed telewizorem i... wycina kupony. Jakie kupony? Zniżkowe. Tak, bo Ameryka kuponami stoi. 

Kupon upoważnia do zakupu danego artykułu taniej - co ciekawe w większości przypadków kupony producenta można łączyć z wszelkimi wyprzedażami, promocjami w sklepie. Kupony obowiązują nawet na artykuły przecenione np. z powodu krótkiego terminu przydatności do spożycia. Co ciekawe, niektóre sklepy zgodnie ze swoją polityką dublują wartość kuponów - np. mamy kupon obniżający cenę proszku do prania o jednego dolara - w tym przypadku przy kasie zapłacimy mniej o dwa dolary. 

Jeżeli dany artykuł jest akurat w promocji, a dany sklep podwaja wartość kuponów, może się okazać, że wartość rabatu przekroczy wartość towaru. I są osoby, zazwyczaj gospodynie domowe, które poświęcają swój czas by z kuponów skorzystać. Daje im to ogromne oszczędności. 

Jaka jest ich strategia? Przede wszystkim szukają sklepów, które dublują kupony. Po drugie, kolekcjonują kupony - zbierają od sąsiadów niedzielne gazety (tu zazwyczaj są drukowane kupony), czasami grzebią w śmietnikach z makulaturą, te nowocześniejsze drukują kupony ze specjalnych stron w internecie albo zapisują się na newslettery producentów. Dzięki temu, zdobywają bardzo dużo nawet takich samych kuponów. Potem sprawdzają, kiedy produkty objęte kuponami są w promocji i dokonują zakupów w hurtowych ilościach i zaopatrują swoją spiżarnię. Bo spiżarnia dla kuponiary to rzecz święta. Tutaj przechowuje wszystkie swoje trofea. 

Podejrzewam, że gdyby rzecz działa się w Polsce, większość rzeczy kupionych za grosze trafiałaby z powrotem na sprzedaż. Ale tu jest inaczej. Gospodynie kupują raczej na swój użytek. Kosztuje je to dużo pracy - przede wszystkim planowanie i logistyka, ale ostatecznie okazuje się, że nie opłaca im się wrócić do regularnej pracy, ponieważ ich oszczędności skutecznie rekompensują ich rodzinom dodatkową pensję.

Chcielibyście poznać jedną z takich gospodyń domowych?

Zapraszam: http://www.youtube.com/watch?v=zBhvcRDtcpQ

Na początku oglądałam ten program z zaciekawieniem, potem gdzieś trafiłam na pierwszy kupon i było mi bardzo miło, że mogłam zapłacić mniej. No i się zaczęło. Zachciało mi się oszczędzać. Niestety, okazało się, że żadne z okolicznych sklepów nie dublują kuponów, więc ekstremalną kuponiarą nie zostanę, ale każdy zaoszczędzony dolar mnie cieszy. Mam też swoje zasady - nie zbieram kuponów na produkty, których nie używam, nie kupuję na dalszą przyszłość (żeby się nie okazało, że niby oszczędzam, a naprawdę wydaję więcej), przeglądam wyprzedaże. Niestety, nie mam drukarki i nie mogę skorzystać z kuponów online. Za każdym razem, gdy robię zakupy i widzę artykuł, które objęty jest elektronicznym kuponem, krew mnie zalewa. Chyba poproszę Krupiego o drukarkę. Może na Walentynki?

Tagi: zakupy
04:42, jusiakr
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 lutego 2014

Czym żyje dziś Ameryka? Oczywiście Super Bowl. Czyli dla niewtajemniczonych: finałem rozgrywek futbolu amerykańskiego. Tym razem, w szranki stanęli: Seattle Seahawks - Denver Broncos.

Przygotowania do tej imprezy trwały już od wielu tygodni. Gdy USA zaatakowała zima, przezorni dziennikarze już zastanawiali się, jak w tym roku odbędzie się wielki finał w New Jersey. W przerażeniem relacjonowali całemu światu zaśnieżone parkingi przed MetLife Stadium. 

Media i handel również przygotowywał się na wielki mecz. W telewizji - opowieści o tym jak kibicować i co jeść, w spożywczaku promocje na chipsy, w innym sklepie - talerze, koszulki, czapeczki i serwetki (przecież kibic musi w coś wytrzeć twarz umazaną sosem serowym do nachosów) z jajowatą piłką. Nic dziwnego - naukowcy wyliczyli, że Amerykanie przy okazji Super Bowl uszczuplą stan swojego konta o ponad 12 miliardów dolarów. Tyle będą ich kosztować, wejściówki do loży VIP, okolicznościowe koszulki, piwo i precelki.

Specjaliści od marketingu zacierali ręce, Super Bowl miało obejrzeć 180 milionów ludzi. W większości Amerykanów, którzy w przerwie meczu mogą skupić swoją uwagę na najważniejszych (i najdroższych) w tym roku reklamach. 30 sekundowy spot kosztuje podobno 4 mln dolarów. 

Nadszedł ten pamiętny wieczór. Gadżety kupione, pikantne skrzydełka na talerzu, piwo otwarte. Na stadionie zasiadły gwizdy i gwiazdeczki - Kevin Costner, Michael Douglas, David Beckham i żołnierz, któremu Budweiser przygotował imprezę powitalną po powrocie z Iraku. Wszyscy czekali na mecz. Ja też usiadłam przed telewizorem w napięciu....

...no i okazało się że futbol amerykański jest nudny jak nie przymierzając piłka nożna. Zieew. 

Więc jakby Was ktoś pytał - tegoroczny Super Bowl wygrali: Seahawks.

czwartek, 30 stycznia 2014

No a teraz wiadomość dnia. Zdałam prawo jazdy :-) Po ponad 10 latach od polskiego egzaminu podeszłam do tego jeszcze raz. Przede wszystkim po to by mieć teksański dokument tożsamości. Dzięki temu, nie muszę wszędzie chodzić z paszportem - co było dość ryzykowne, biorąc pod uwagę, że najbliższy konsulat jest w Chicago lub Los Angeles. Miałam się już do tego zabrać wcześniej, ale nie miałam czasu by się nauczyć. A w zeszłym tygodniu Krupi zaproponował, że podjedziemy do wydziału samochodowego i zapytamy się jakie dokumenty są potrzebne do udowodnienia mojej rezydencji w Conroe (bo wszystkie umowy/faktury są na Krupiego). Gdy spytaliśmy się pani w urzędzie to dała mi całą stertę papierków do wypełnienia i powiedziała, ze mogę zdawać egzamin teoretyczny od razu. No i wypełniłam wszystko, Krupi potwierdził i poszłam zdawać. No i zdałam. Zrobiłam 5 błędów na 30 pytań, czyli 83% dobrze, a zaliczało 70%. Ufff... Od razu umówiłam się na egzamin praktyczny - w najbliższy poniedziałek. W weekend pojechaliśmy poćwiczyć, aby się zapoznać z trasą. Egzamin nie jest trudny. Najpierw trzeba zaparkować równolegle, potem wyjeżdża się na miasto. A to miasto to osiedle domków jednorodzinnych, więc nie ma tam dziwnych skrzyżowań, typu Hucisko w Gdańsku. Cały egzamin trwa 20 minut, a u mnie chyba z 15. W tym sprawdzenie świateł (bo zdaje się na własnym samochodzie - egzaminator sprawdza czy pojazd jest sprawny), parkowanie i miasto. 

 

Zdałam, ale o mały włos bym oblała, bo przekroczyłam prędkość na 20 milach na godzinę, jechałam niecałe 25. No ale się zreflektowałam i tych 25 nie przekroczyłam. Wcale nie jest łatwo zdawać egzamin jak się już jeździ jakiś czas i ma się jakieś swoje nawyki. No ale się udało. Od razu dostałam wydrukowane prawo jazdy - twarde przyjdzie pocztą w ciągu 2 tygodni. 

 

Czym różni się egzamin w PL i w USA? Na teoretycznym w USA można zrobić więcej błędów, nie ma pytań w stylu "wielkość tablicy rejestracyjnej", raczej dotyczą bezpieczeństwa na drodze, znaków itp. Na praktycznym jest tylko jeden manewr. Co ciekawe, teren ośrodka ruchu drogowego, jest otwarty, czyli po południu czy w weekendy można sobie przyjechać i poćwiczyć parkowanie. Gdy przyjechaliśmy tam w weekend takich ćwiczących samochód były trzy. I każdy po kolei podjeżdżał i próbował. No i egzamin kosztuje 25 dolarów. Ta cena uwzględnia trzy podejścia do egzaminu praktycznego i 3 miesiące na zdanie teorii. Jeżeli ktoś się nie wyrobi, musi zapłacić jeszcze raz. Nie ma szkół jazdy, każdy uczy się (i zdaje) na własnym samochodzie w towarzystwie doświadczonego kierowcy.

 

No i wszyscy sie zachwycają jaki to jest świetny system, ale... rocznie na drogach Teksasu ginie w wypadkach ponad 3.300 osób. I to mimo tego, że mają świetne, wielepasmowe, równe drogi. Niestety, prędkość, alkohol, brak uwagi, robią swoje. Co mnie najbardziej denerwuje, to że nie trzymają się prawej strony. Nagle na lewym pasie może się znaleźć bardzo wolny pojazd. Trzeba bardzo uważać przy zmianach pasów, bo inne samochody jeżdżą bardzo szybko. Co jeszcze - nie korzystają ze świateł. Jadąc w nocy bez problemu można spotkać samochód bez świateł. Podobnie rano, w silnym deszczu czy mgle. Zawsze się znajdzie jakaś ciemna masa. Ręce opadają. 

18:38, jusiakr
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 stycznia 2014

Święta, święta i po świętach.

A czym teraz żyje Ameryka? Przede wszystkim zimą. Zimą stulecia, która przygoniła mróz nawet nad Teksas. Tym samym w całym mieście nie udało mi się kupić kurtki zimowej dla Krupniczka. Dla mnie zresztą też.

Tak więc czekamy na wiosnę. 

Tagi: zima
05:33, jusiakr
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 grudnia 2013

Dziś będzie o zwyczaju, o którym pewnie nie słyszeliście. 

Elf on the shelf, czyli elf na półce to młoda tradycja. Wszystko rozpoczęło się od książki Carol Aebersold opowiadającej o tym, jak to możliwe, że Święty Mikołaj wie kto był "naughty" a kto był "nice". W tym celu wysyła do rodzin elfa, który w okresie od Święta Dziękczynienia do Wigilii mieszka z każdą rodziną i obserwuje czy jej członkowie (a w szczególności dzieci) są grzeczni.

Ale elfy trochę się nudzą przy tym zadaniu. Dlatego urządzają sobie różne zabawy, szczególnie w nocy. Stąd rano dzieci znajdują je w różnych - nietypowych - miejscach.

Elfy lubią łowić ryby: http://elfontheshelfideas.com/image/69977178781

http://elfontheshelfideas.com/post/69977178781/elf-on-the-shelf-goes-fishing-fishing-and

Bawią się śnieżkami: http://elfontheshelfideas.com/day/2013/12/09/

Grają w "kółko i krzyżyk:: http://elfontheshelfideas.com/day/2013/12/01/

Ale w tym roku najczęściej: http://www.youtube.com/watch?v=7d2RwZo94Co


sobota, 14 grudnia 2013

Właśnie sobie przeglądam stronę internetową jednego z lokalnych kościołów. To takie ciekawe (z punktu widzenia Polaka) zjawisko, że tu kościoły konkurują o wiernych. W Stanach większość osób jest wyznania chrześcijańskiego, niekatolickiego - luteranie, baptyści, mormoni, adwentyści dnia 7-mego itp. Księża, a właściwie pastorzy, są bardzo aktywni - prowadzą kościoły, blogi, tweetują, piszą książki. Kościół który oglądałam ma przygotowaną specjalną salę dla dzieci w różnym wieku, gdzie szczególnie te małe mają zajęcia w czasie nabożeństw. Zajęcia prowadzone są przez woluntariuszy związanych z kościołem i oczywiście mniej więcej dotyczą tematyki religijnej. Kościoły kuszą (sic!) koncertami, jasełkami, darmowym ciastem itp. A wszystko to wynika z zaangażowania wiernych i pastora. Są oczywiście też mniejsze kościoły, nie posiadające takiego rozbudowanego zaplecza, ale sam ten wybór zaskakuje.

Ciekawe jakby wyglądał polski kościół, gdyby musiał konkurować.

Dla ciekawych kilka linków do stron internetowych kościołów w mojej okolicy:

http://www.woodlandschurch.net

http://www.fotw.org

Blog pastora z Woodlands:  http://www.kerryandchris.org

Mormoni: http://www.lds.org/?lang=eng

Metodyści: http://www.fumc-conroe.org/templates/System/details.asp?id=32980&PID=728669


poniedziałek, 09 grudnia 2013

Przedszkole, do którego chodzi Krupniczek przyjmuje dzieci od 2 miesiąca życia. W pierwszej chwili mnie to zdziwiło, potem sprawdziłam ile trwa urlop macierzyński w USA i już nic mnie zdziwi. Urlop macierzyński trwa 6 w porywach do 8 tygodni. Urlopu wychowawczego nie ma. Czyli mama wraca do pracy praktycznie zaraz po zakończeniu połogu.

Sam powrót też nie jest taki prosty. Nie ma publicznych przedszkoli czy żłobków. Koszt opieki nad dzieckiem w prywatnym żłobku to 180-200 dolarów tygodniowo. Co daje 800 dolarów w miesiącu. Dla porównania średnie zarobki w gospodarstwie domowym w Teksasie to ok. 4.200 dolarów miesięcznie. 

Cofnijmy się jeszcze o jeden krok. Do momentu gdy para na teście ciążowym zobaczy dwie kreski. Czeka ich teraz 9 miesięcy czekania na potomka i... sporo wydatków. Zakładając, że rodzina jest ubezpieczona, koszt jednej wizyty u ginekologa to ok 35 do 50 dolarów (tzw. co-pay), płacimy również za badania - pakiet startowy to ok. 1500 dolarów, a dodatkowe badania np. w kierunku zespołu downa to nawet 3000 dolarów. Za wszystko to płacimy do momentu osiągnięcia limitu określonego przez ubezpieczyciela - tzw. "deductible". Ten poziom jest różny w zależności od wariantu ubezpieczenia. U ubezpieczyciela mojego męża deductible wynosi od 6 tys dolarów (przy składce rocznej potrącanej z wynagrodzenia wynoszącej drugie 6 tys dolarów) do 12 tys dolarów (składka całkowicie opłacana jest przez pracodawcę, pracownik nic nie dopłaca). Koszt porodu do ok. 7-8 tys dolarów. Zakładając poród naturalny i bez komplikacji. Cesarskie cięcie to już koszt ok. 20 tys dolarów. Podsumowując, ciąża i poród będzie kosztować co najmniej 12 tys dolarów (niezależnie jaki wariant ubezpieczenia mamy).

Oczywiście, istnieją programy pozwalające prowadzić ciążę za darmo, ale są zarezerwowane dla kobiet/rodzin o najniższych dochodach. Przeciętna rodzina (podobnie jak w Polsce) na taką pomoc nie może liczyć.

A teraz do puenty. Z polskiego punktu widzenia, posiadanie dziecka w USA to szaleństwo. A jednak o wiele więcej Amerykanek niż Polek na to szaleństwo się decyduje. Przeciętnie kobieta w USA rodzi 2,06 dziecka, a kobieta w Polsce - 1,32. Czyżby to nie roczny macierzyński decydował o chęci posiadania kolejnego dziecka?

wtorek, 03 grudnia 2013

Przetestowałam ostatnio amerykańskiego McDonalda. Staram się odżywiać zdrowo i niskokalorycznie, ale mam słabość do ich małego cappuccino. W Polsce nagminnie towarzyszyło mi w zakupach i dłuższych samochodowych trasach. Tak więc, kiedy w Dallas przypilił mnie prawdziwy głód kofeiny, to gdy tylko zobaczyłam na horyzoncie charakterystyczne wielkie M, szybko zjechaliśmy z autostrady. Oczywiście do McDrive’a stała kolejka na cały podjazd, a w środku pusto. Spoglądam na menu a tam nie ma cappuccino. Owszem jest kawa za dolara, ale to nie to samo. W końcu zdecydowałam się na kawę mrożoną, bo głód kofeinowy był rzeczywiście dokuczliwy. Ale muszę sobie znaleźć nowe miejsce z kawą.

Wieczorem McDonald dostał jeszcze jedną szansę. Wracaliśmy autostradą z Dallas i zrobiliśmy się głodni. Na kawę już nie liczyłam, ale może będzie Happy meal. W końcu jest tam jabłko i soczek, więc nie jest tak źle. A przynajmniej (tak mi się wydawało) przynajmniej wiem, co tam mogę dostać. Tak więc zjechaliśmy do McDonalda. I kolejne rozczarowanie. Nie ma Happy meali. Krupniczek napalił się (na szczęście) na lody i na to się zdecydowaliśmy. Ale to już była nasza ostatnia wizyta w McDonaldzie. Przynajmniej w USA.

Tak na marginesie, trzeba przyznać, że polskie McDonaldy wyglądają o niebo lepiej niż te amerykańskie. Stonowana kolorystyka – brązy i ciemna zieleń – wyglądają bardzo porządnie w porównaniu do amerykańskich barów, w których króluje nadal czerwony i żółty.

środa, 27 listopada 2013

Już za parę dni kończy się listopad - miesiąc poświęcony męskim chorobom, w szczególności nowotworom jądra. Faceci na całym świecie zapuszczają wąsy. Może wąsów nie uda się już zapuścić, ale to i tak świetna okazja by namówić faceta na badania.

http://en.wikipedia.org/wiki/Movember

Tagi: movemb
16:27, jusiakr
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 listopada 2013

 

Pierwsze skojarzenie – krach giełdowy, setki ofiar na drogach lub inna tragedia, a chodzi o zupełnie coś innego. Co tam 50 rocznica śmierci Kennedy’ego, co tam święto dziękczynienia – indyki i wspomnienia pierwszych osadników. Black Friday. To jest coś na co czekają tłumy żądnych konsumpcji Amerykanów.

Wielkie wyprzedaże. Tłumy przed drzwiami czekające na otwarcie sklepów. Jak w skeczu kabaretu Ani Mru Mru. Tak wygląda każdy piątek po Święcie Dziękczynienia. 

http://www.youtube.com/watch?v=6qa2pFGmD9M 

Co ciekawe Black Friday zaczyna się już w... czwartek, czyli w Święto Dziękczynienia. Sklepy są otwierane o np. piątej popołudniu lub ósmej wieczorem. Czyli pracownicy sklepów muszą zjeść indyka w biegu i nie poświętują sobie z rodzinami.

 

 
1 , 2 , 3